poniedziałek, 31 października 2011

Samochody na Starym Mieście. Czy o to chodziło?

Czy o to chodziło władzom miasta z przywróceniem ruchu ulicznego na Starym Mieście?
Piesi stali się znowu skazani na kluczenie i lawirowanie pomiędzy jeżdżącymi samochodami.
Trzeba mieć oczy wokół głowy. Jak to jest, że likwiduje się przejście dla pieszych przy Alfie "aby nie było wypadków" a jednocześnie wpuszcza się samochody na rynek Starego Miasta? Jesteśmy jedynym znanym blogowi miastem tej wielkości (a i mniejsze tego unikają), w którym można sobie ot tak wjechać i zaparkować w samym pępku miasta, pod gotyckim ratuszem. Czy panowie z MZDiM byli kiedyś może w Toruniu albo Gdańsku? Znamy skalę, olsztyński rynek to bardzo ubogi krewny - ale do takich wzorców trzeba dążyć. Więc może chociaż Zielona Góra na zdjęciu poniżej da do myślenia?
fot. www.polskiemiasta.com

Ale olsztyńscy spece zawsze wiedzą najlepiej, do tego radni, którzy mają jakieś sklepy i kawiarnie uważają, że klient musi wjechać samochodem do samego sklepu. Pewnie podpatrzyli to w Alfie i też by tak chcieli:)

Kilka ujęć (słabej wprawdzie jakości) jak szaro, buro i parkingowo prezentuje się obecnie olsztyński rynek.






Ta pani szła z wózkiem w stronę zamku ale stwierdziła, że nie zmieści się na tym deptaku i zawróciła...








piątek, 28 października 2011

Miałeś prezesie złoty róg...

Powracamy do tematyki WPB i jego sztandarowej inwestycji Business Centre, przy ulicy Dąbrowszczaków opisywanej już przez nas TU
Pan prezes Cichy jest przekonany, że ten budynek zmieni wizerunek miasta na lepsze, my się z tym nie zgadzamy. Po publikacji ostatniego artykułu odezwali się natomiast do nas fachowcy od budowania a nie od ekonomii i czego się dowiedzieliśmy?
"Budynek jest typowym przykładem architektury komercyjnej z końca lat 90-tych, tj. uspokojonego postmodernizmu. Szkoda tylko, że powstaje 12 lat później. Odrywając formę od kontekstu sprawia wrażenie obłego i niezbyt ciekawego. Kolorystyka beżowa, szklenie strukturalne, w sumie trudno się przyczepić. Gorzej gdy człowiek przypomni sobie że stoi w otoczeniu historycznych kamienic, a tu nie widać wrażliwości projektanta. Nie mam na myśli elementów historyzujących ale stosowanie odpowiednich proporcji, materiałów itd. 
Pozytywem jest trzymanie się pierzei co zresztą było podyktowane warunkami zabudowy.

Najsłabszym fragmentem jest "szczyt" od strony ul.Partyzantów. Schodkowe elementy powiązane z walcem to język form które odeszły już dawno. Poza tym nie uraczymy tu żadnego detalu. Projektant zapewne będzie się bronił zasadą Miesa Van der Roche - "Less is more", ale w tym wypadku chodzi raczej o "Less is cheap"
Patrząc na tą wizualizację przypominają się nudne belgijske biurowce w stylu "Bruksela 88", które zastąpiły w świecie biznesu styl "Lipsk 75".
Podsumowując - budynek to raczej przykład budownictwa a nie architektury."



Pięknie ujęte, spójrzmy jeszcze raz:


A projekt ten przegrał między innymi w konkursie architektonicznym z takim projektem:

Podsumowując, Panie prezesie ! Mial Pan szansę rzeczywiście wzbogacić architekturę miasta i wpłynąć pozytywnie na jego wizerunek. Pana firma dostała do zagospodarowania jedną z najciekawszych działek budowlanych w centrum miasta. Mogło powstać coś z czego bylibyśmy dumni. Powstanie coś co przypomina nam swoim stylem architektonicznym budynek parlamentu Republiki Kazachskiej w Astanie (poniżej)
No i jeszcze ci nieszczęśni Dąbroszczacy...



P.S.
Wystarczyło 15 minut pracy fachowca aby projekt WPB przekształcić w coś duuuużo bardziej interesującego:


środa, 26 października 2011

Takie warunki dla biznesu w mieście jakie Business Centre

Rozważając kwestię jakości życia w Olsztynie nie da się pominąć tematu rozwoju gospodarczego miasta. To przedsiębiorstwa tworzą miejsca pracy i płacą podatki. Kilka ostatnich lat było okresem w którym wiele miast polskich poczyniło w tej mierze znaczny postęp. Wśród najczęściej wymienianych przykładów sukcesu są Toruń, Rzeszów, Białystok, Gdynia - bierzemy pod uwagę tylko miasta porównywalne wielkością z Olsztynem. Poznań czy Wrocław to już zupełnie inna liga.
Spójrzmy zatem na Olsztyn - jedyne chyba w swojej kategorii miasto, któremu nie udało się pozyskać żadnego inwestora zewnętrznego realizującego projekt typu "greenfield". Nie wliczamy w to sieci handlowych bo nie tworzą wielkiej wartości dodanej w mieście ani nie dostarczają takich miejsc pracy, na jakich miastu powinno szczególnie zależeć (a to chociażby ze względu na kilka tysięcy absolwentów UWM rocznie).
Największe olsztyńskie przedsiębiorstwa to albo efekt prywatyzacji majątku pozostałego po PRL (Michelin) lub też organicznego wzrostu firm lokalnych (Mebelplast, Sprint, Arbet,) lub też kombinacji obu tych sposobów (Indykpol, Eltel). I te (oraz wiele innych , niewymienionych z nazwy) należy pochwalić i docenić. Tym bardziej , że kilka z tych firm ma silną pozycję na rynku ogólnopolskim. Dzięki lokalnym przedsiębiorcom i ich inicjatywie miasto jako tako funkcjonuje, a mieszkańcy nie zatrudnieni w licznych urzędach mogą znaleźć pracę. Niestety na tle porównywalnych miast wypadamy blado jeśli chodzi o pozyskiwanie kapitału z zewnątrz a tylko w ten sposób możemy naprawdę ruszyć do przodu. Biznes olsztyński jest zbyt słaby a zakumulowany w mieście kapitał inwestycyjny zbyt nikły abyśmy byli w stanie rozwijać się tak jak inne miasta. Pisaliśmy już o braku pomysłu władz jak to zmienić w artykule Pomysł na Olsztyn?

O olsztyńskiej słabości w zakresie pozycji na gospodarczej mapie Polski świadczy chociażby brak powierzchni biurowych, którymi mogłyby być zainteresowane poważne firmy. Planowana przy ul. Dąbrowszczaków inwestycja - Centrum Biznesu, zwykły kilkupiętrowy budynek, urasta do rangi wydarzenia towarzysko - sensacyjnego a informują o niej lokalne media:
 
"Budowa takiego obiektu z pewnością wpłynie pozytywnie na wizerunek miasta. Ponadto naszym zamierzeniem jest, aby firmy które znajdą tu swoje siedziby, tworzyły olsztyńskie centrum biznesu. Stąd też wzięła się nazwa Business Centre" powiedział Gazecie Olsztyńskiej Zbigniew Cichy, prezes WPB S.A. czyli inwestora.

Wypada nam skomentować, że ten budynek wielkiego przełomu na polskiej scenie biurowej nie zrobi, co więcej prestiżu Olsztynowi też nie przyniesie. Takich klocków buduje się obecnie bardzo dużo w całej Polsce, przeważnie w dzielnicach przemysłowych, minęły te czasy gdy odrobina szkła i sztucznego marmuru robiła wrażenie. To dzieło nijak nie pasuje do najpiękniejszej chyba w mieście ulicy Dąbrowszczaków.  To tyle jeśli chodzi o estetykę, z punktu widzenia inwestycji firma buduje to na co będzie zapotrzebowanie, więc pewnie projekt będzie finansowo udany. Skoro firma otrzymała pozwolenie na taki obiekt to taki buduje. Powstają dwa pytania:
1. Co miasto może zrobić aby warunki dla rozwoju biznesu się poprawiły i aby przyciągnąć kapitał na potrzeby którego olsztyńscy deweloperzy będą budować biurowce, których architektura nas pozytywnie zaskoczy?
2. Co miasto może zrobić aby powstające obiekty nawiązywały do istniejącej zabudowy centrum i wpasowywały się w nią a nie raziły swoją przypadkowością?

Wracając do WPB, szkoda że przy tak poważnej inwestycji nie pokuszono się o sprawdzenie poprawności pisowni ulicy przy której obiekt się znajdzie. Dąbroszczaków? Generał Dąbrowski się kłania... Dąbroszczacy chyba nie istnieli:)

WPB
Adres zostanie pewnie zmieniony (i dobrze - szybkość z jaką to się stanie będzie dla nas dobrym miernikiem jak firma reaguje na sygnały z rynku :-)  dodajemy więc zdjęcie:

poniedziałek, 24 października 2011

Port Lotniczy Szymany-Kurpie

O porcie lotniczym płycie lotniska w Szymanach napisano już sporo. Rozpisywano się głównie o służbach specjalnych, dziwnych spółkach itd. Weźmy temat od nieco innej strony. Podobno największym problemem do wycofania się z tak długo forsowanego pomysłu jest paradoksalnie fakt że temat tak długo się ciągnie. W międzyczasie rządziły różne opcje i każda z nich pomysł popierała. Kto teraz pierwszy powie "stop" będzie narażony na miano tego który zaprzepaścił tyyyyyle włożonej kasy. Tyle polityka i konsekwencje politycznych decyzji. Z ekonomicznego punktu widzenia: decyzji nie podejmuje się na przeszłość, ale na przyszłość. Każda decyzja "kontynuować czy zamknąć" powinna opierać się na rachunku ekonomicznym przyszłych strumieni dochodów, a nie kosztów utopionych. Zatem: czy dziś mając to co mamy powinniśmy trzymać się kurczowo opcji Szyman?

Szymany jeśli chodzi o lokalizację i potrzebne inwestycje infrastrukturalne to totalna porażka. Przypomina to czasy jak car rysował po mapie linie którędy miały iść tory kolejowe. Ręka mu się omsknęła i dziś tory idą nie prosto ale na około. Nikt bowiem nie ośmielił się dyskutować z carem. Dziś mamy tak, że "car" także jest święcie przekonany o swojej racji, za to mieszkańcy jednogłośnie krzyczą że to bzdura!

Niemal standardem jest że lotniska są w Europie lokalizowane w bliskiej odległości od szlaków komunikacyjnych, tak by mogły obsłużyć jak największą liczbę pasażerów, z jak największego obszaru. Logika wskazywałaby zatem że jeśli w województwie warmińsko-mazurskim to gdzieś blisko krzyżówki "7" (Gdańsk - Warszawa) i "16" (kręgosłup województwa). Mając na uwadze sposób organizacji transportu w krajach cywilizowanych dość powszechnym rozwiązaniem jest także lokalizacja przy torach. U nas zasadniczym szlakiem jest ciągle trasa Warszawa - Gdańsk oraz kręgosłup: Bydgoszcz/Toruń - Olsztyn - Mazury. Choć z tym ostatnim to trochę na wyrost po tym jak połączenia kolejowe są likwidowane: Biskupiec - Mrągowo i kilka innych niedochodowych, ale cywilizujących ten obszar.
Dlaczego lotnisko powinno być przy głównych szlakach? To proste: jeśli kolej z Gdańska do Warszawy ma poruszać się z prędkością 180 km/h, a jazda z Szyman gdziekolwiek to jazda z prędkością 60 km/h tzn. że automatycznie zmniejszamy do 1/3 obszar dostępności lotniska.
Biorąc pod uwagę poziom rozwoju infrastruktury kolejowej i drogowej w okolicach Szyman to mamy lotnisko z którego w godzinę da się dotrzeć do granicy Olsztyna, ale tak poza tym to już w niewiele miejsc. Totalnym absurdem jest nazywanie portu lotniczego "Mazurami" bo... do Mrągowa wprawdzie "tylko" 1h, ale już do Mikołajek - nieco ponad 1h pod warunkiem że nie będzie jechał ciągnik z nawozem. Do Giżycka mamy już 2h, do Węgorzewa - 2,5h. Bliżej za to (do 1h) do Przasnysza, Kadzidła i Myszyńca. Zatem: nazywajmy ten port właściwie: "Port lotniczy Szymany-Kurpie", a nie "Szczytno-Mazury", bowiem nie koniecznie ktoś będzie w ogóle jechał przez Szczytno. I nie koniecznie pojedzie na Mazury. Na lotnisku w Szymanach totalnie nic nie skorzystają mieszkańcy Elbląga, Ostródy, Iławy, którzy w łatwiejszy i szybszy sposób dojadą do Gdańska czy Warszawy.

Ktoś zapyta: A może da się zatem zarabiać na klientach z północnej części województwa mazowieckiego? Po pierwsze: port lotniczy to nie samo zarabianie na opłacie lotniskowej i sprzedanych tam błyskotkach w tax-free, tylko warunek rozwoju innych gałęzi gospodarki. Po drugie: kto za to płaci? Warmińsko-mazurskie! Po trzecie: budowa portu lotniczego w Modlinie tj. na północ od Warszawy automatycznie zwiększy dostępność wielu tanich linii lotniczych dla mieszkańców Ostrołęki i okolic. Zresztą, jak tak dalej pójdzie to Warmiacy też będą ważna grupą klientów Modlina. Już dziś media podają że jest tam szansa na 40 kierunków lotów!

piątek, 21 października 2011

Żółte papiery za żółte bariery?


Zajrzeliśmy na serwis http://www.fro.net.pl/zoltabarierka/
I warto było. Wstawianie tych rur w tak nonsensownych miejscach zmusza do postawienia kilku pytań:
1. Kto za to płaci?
2. Kto na tym zarabia?
3. Kto wymyśla te idiotyczne lokalizacje?

środa, 19 października 2011

Olsztyn jak białoruskie Baranowicze?

fot. www.kolumber.pl

Przebudowy układu komunikacyjnego Olsztyna wskazują, że autorzy tych koncepcji zatrzymali się na poziomie wiedzy jaką włożono im do głów w latach 70tych. Koncepcje wprowadzania ruchu samochodowego do centrów miast, realizowano z powodzeniem w latach 70-tych. Budowano wtedy szerokie trasy prowadzące do śródmieścia (oczywiście nie tylko w Olsztynie), skutki czego odczuwamy do dzisiaj. Tak mówiła nieskomplikowana teoria – mamy więcej samochodów, budujmy więc szerokie drogi.
Tymczasem w bardziej od nas cywilizowanych krajach europejskich już od dawna dąży się do wyprowadzania ruchu poza centra, a nawet poza teren miejski. Jeśli najkrótsza droga z A do B (punkty leżą na przeciwległych krańcach miasta) prowadzi przez centrum, to oznakowanie wypycha nas na drogę przelotową omijającą centrum szerokim łukiem. To nic, że jest dalej. Wjazd do miast jest przecież świadomie utrudniany, a kierowca musi liczyć się z tym, że zyska na czasie korzystając z komunikacji miejskiej, a jeśli wjedzie samochodem to utknie. Tymczasem do Olsztyna ta wiedza nie dotarła. Nasi spece od komunikacji dedukują po staremu. Za duży ruch? Budujmy szersze drogi – najlepiej niech wszystkie prowadzą do Ratusza! W ten sposób przyciągani są kolejni zmotoryzowani i nowe drogi robią się za wąskie. Proces możemy powtarzać wielokrotnie. Dodajmy jeszcze olsztyński ewenement urbanistyczny – centrum handlowe Alfa przy głównej ulicy, cel dla tysiący samochodów i miasto dusi się od aut i spalin.
Ostatnie „udane” i epokowe tego typu realizacje (Limanowskiego, Wojska Polskiego) są znakomitym przykładem jak dobić stare, wąskie ulice, które powinny obsługiwać najwyżej ruch lokalny. W ten sposób niejedna, zadrzewiona, pełna olsztyńskiego klimatu ulica przekształciła się w kolejną przelotówkę dla rosyjskich TIRów. Podobny los czeka ulicę Partyzantów.
A co z pasem startowym lotniska w który przekształcono Al. Piłsudskiego likwidując przejście dla pieszych pod Alfą?
A tymczasem nam marzy się, plac pod Ratuszem jako wolny od samochodów deptak. Niestety, są przecież plany poszerzenia ulicy Pieniężnego, więc plac Jana Pawła II zostanie zapewne wyasfaltowany w całości, tak aby zwiększyć przepustowość skrzyżowania. Strach pomyśleć ile asfaltu w centrum można będzie wylać.

Należy zadać więc pytanie czy chcemy aby centrum Olsztyna wyglądało tak:
fot. http://www.perkowitz.com

Czy tak?

fot. http://www.gruene-mannheim-mitte.de

poniedziałek, 17 października 2011

Tyłem do rzeki

Rzeki od zawsze związane były z gospodarką. Były i poza Olsztynem w większości ciągle są. Oczywiście Łyna to nie Wisła czy Ren. Kiedyś wprawdzie spływano nią drewno, o czym przypomina Andrzej Małyszko organizując z Rusi dwubój flisacki, ale dziś rzeką nic się nie transportuje. Ciekawe turystyczne wykorzystanie Łyny, ale i Wadągu oraz Kortówki i paru potencjalnych kanałów pojawia się w projekcie "Kajaka Miejskiego". O zagospodarowaniu rzeki napisano już całkiem sporo prac na AR-T, a później UWM, ale do dziś rzeka jest raczej... jakimś tam elementem który podraża inwestycje drogowe bo trzeba budować przez nią mosty.

Łyna może być atrakcją turystyczną i to jest jeden z argumentów żeby coś z nią zrobić. Jednak nie mniej ważnym jest także atut, jaki niemal każda rzeka ze sobą niesie, a Łyna na terenie Olsztyna jak najbardziej też. Rzeki w większości swoich biegów (poza wodospadami) płyną po bardzo wyrównanym terenie, a rzeki to nie tylko wodne ciągi komunikacyjne, ale przy okazji to w większości także jej płaskie brzegi, które sprawiają że świetnie można poprowadzić tamtędy inne ciągi komunikacyjne. Kiedyś wymyślono że nad Wisłą w Warszawie poprowadzi się szeroką Wisłostradę, bo budować dało się szybko i tanio. Zapomniano jednak o tym że puszczając tam samochody, w tym ruch tranzytowy zaprzepaszcza się szanse rekreacyjne. Z Łyną jest nieco inaczej, bo tu jest miejsce na ścieżki piesze i rowerowe, za to nie ma na samochody. I bardzo dobrze że puszczenie wzdłuż Łyny czteropasmówki blokuje nośność terenu, bo znając rozmach i podejście naszych drogowców taka nowa Sikorskiego już tam byłaby planowana. W Olsztynie jest niestety tak, że jak nie dla samochodów tzn. że nie warto.

Można sobie wyobrazić (niektórzy jednak nie potrafią) że piesze szlaki wzdłuż Łyny byłyby dość atrakcyjne (już rzeka sama w sobie daje pozytywny efekt wizualny, który jest potrzebny w trakcie spaceru). Z kolei ścieżka rowerowa mogłaby być wykorzystywana nie tylko do rekreacji! Takie uproszczenie funkcji rowerów próbują nam wmówić odpowiedzialni za budowę ścieżek, a właściwie "brak budowy ścieżek".

Foto: Pod mostem na Tuwima Przykład ścieżki która mogłaby powstać praktycznie z Osiedla Generałów do Śródmieścia pokazuje że codzienne dojeżdżanie do pracy rowerem może być atrakcyjne nie tylko pod względem finansowym i zdrowotnym, ale też może dawać oszczędność czasu. Dziś, pomimo beznadziejnie zaprojektowanego mostu przy ulicy Tuwima, ciągle da się poprowadzić ścieżkę wzdłuż Łyny z Osiedla Generałów z odnogami do Jarot i Nagórek tylko z jednymi światłami po drodze (na Tuwima właśnie). Dziś bowiem to właśnie decyduje o wydłużeniu czasu przejazdu rowerem. Przy Łynie tych "spowalniaczy" by nie było!

Niestety, urzędnicy (mędrcy z demokratycznego wyboru, planiści, drogowcy) głównie proponują rozwiązania polegające na budowaniu ścieżek przy okazji budowy i przebudowy ulic. Trasa rowerowa wzdłuż ulicy Obiegowej? Ludzie! Chyba jednokierunkowa od Obserwatorium do Pstrowskiego! Ścieżka o której ostatnio głośno tj. ta w ciągu ulic Nowowiejskiego i Konopnickiej? Fajnie że jakaś ścieżka powstaje, ale ta akurat będzie uczęszczana przez wyczynowców i młodych zdrowych ludzi, czyli niewielu. Ilu ze starszych osób wjedzie Nowowiejskiego pod górkę bez zawału? A Łyna? Niestety jakoś nie może się doczekać ścieżki, a szkoda bo byłby to naprawdę fajny szlak nie tylko rekreacyjny, ale i komunikacyjny.

Poniżej przykładowa podróż w godzinach szczytu: z ul. Gen. Hallera / róg Grota Roweckiego do Śródmieścia (Alfa)
Samochodem (5,6 km): ok. 28 minut
Autobusem + pieszo na/z przystanku (ok. 5,6 km): ok. 45 minut
Rowerem: wzdłuż obecnych tras (ok. 5,0 km, w tym: 7 sygnalizacji świetlnych i solidna góra wzdłuż ul. Kościuszki i lekka na Sikorskiego): ok. 55 minut
Rowerem: ścieżką przy Łynie (ok. 4,3 km, w tym: jedna sygnalizacja świetlna): 16 minut

środa, 12 października 2011

Wiadukt kryzysowy

Od dłuższego czasu walczę z piszącymi o powstałym nowym wiadukcie nad torami kolejowymi, że to "wiadukt łączący Aleję Wojska Polskiego z Aleją 1-go Maja". Moim skromnym: jeśli już z Al. Wojska Polskiego (jeśli nie: Artyleryjską) to bardziej on łączy ulicę Marii Skłodowskiej-Curie, ewentualnie: Partyzantów.


W Olsztynie zaprojektowano nowy wiadukt w miejsce starego, mimo iż do większych zmian w tym temacie była świetna okazja. Już Niemcy przed wojną planowali wiaduktem połączyć oba odcinki Hindenburg-Strasse tj. dzisiejszych ulic 1-go Maja i Wojska Polskiego. Po wybudowaniu wiaduktu w innym niż pierwotnie zakładano miejscu (tak wybudowali, bo zabrakło pieniędzy w wyniku powstałego kryzysu gospodarczego) nieliczne pojazdy musiały nadrabiać drogi. No ale wtedy opłacalność takiej inwestycji była zupełnie inna: dziś wiadunktem przejeżdża nie kilkanaście koni, a kilkanaście tysięcy samochodów. Przez taki kryzysowy wariant wiaduktu Niemcom mało racjonalne wydawało się z czasem utrzymywanie jednej nazwy dla rozdzielonej ulicy. W 1914 roku Guttstadter-Chaussee na odcinku dzisiejszej 1-go Maja nazwano Hindenburg-Strasse. Na marginesie: 19 lat później odcinek dzisiejszej Wojska Polskiego przemianowano na Adolf Hitler Strasse.

Oczywiście fajnie by było gdyby dziś nowy wiadukt połączył właśnie dwie życzeniowe aleje np. podziemnym przejazdem w linii prostej. To droższe rozwiązanie dla inwestora, ale zdecydowanie tańsze w użytkowaniu przez mieszkańców. Tym bardziej jeśli przy okazji przekopu ucywilizowałoby się przejście dla pieszych, które dziś przypomina zejście do piwnicy a nie przejście piesze które łączy dwie znaczne części Olsztyna. Zresztą przy okazji budowy, ściany tunelu już były zagrożone, cudem przejścia nie zamknięto. Jak już Artyleryjską puszczą tiry to przejście trzeba będzie zamknąć - zakład?

Trzeba wiedzieć, że korki które powstały przy okazji budowy łatwiej mogłyby być zlikwidowane właśnie gdyby wybudowano przejazd na wprost, a nie slalom który zafundowali nam już przed wojną Niemcy. Dla jadących Aleją Wojska Polskiego przydałaby się wtedy skorelowane światła przed torami i za nimi ("tiaaa nie możliwe" już słychać przy Szrajbera). Byłyby to dwie współpracujące ze sobą sygnalizacje w miejsce dwóch bardziej oddalonych od siebie i - co jest dużym minusem wprowadzanego rozwiązania - jednym opierającym się na dużym strumieniu skręcających w lewo. Z czym to się wiąże w Olsztynie? Wiadomo, kolejne ok. 2:30 czekania na zielone na skrzyżowaniu z ruchem zegarowym. Przejazd bez slalomu ograniczyłby kręcenie dla jadących do centrum nową Artyleryjską, choć jakoś specjalnie na tym by nie zyskali. Ale, o czym tu mówić skoro obwodnica Śródmieścia będzie wpadać do Śródmieścia (czyt. Artyleryjska do czteropasmowej (!) Partyzantów).
Ale wróćmy na razie do tych co jadą z północy. Ile za nowy olsztyńsko-unijny slalom płacą?

Różnica w dwóch wariantach wynosi ok. 193 metry. Dla jeżdżących 5 dni w tygodniu do pracy i z powrotem plus np. jeden raz do centrum w weekend daje to 111 km rocznie, przy spalaniu minimum 12 l / 100 km, bo przecież to po mieście i głównie ruszanie i zatrzymywania. Jakby nie patrzeć jakieś 68 zł rocznie jeden samochód traci na samym paliwie. Samochodów przejeżdża, no właśnie ile? Obstawiam, że ponad 20 tys. na dobę. Daje to koszty ok 1,4 mln zł rocznie. A przecież inwestycja taka jest planowana na -dziesiąt lat. Zatem...

Kalkulacji nie ma. Liczy się tylko to, że to MIASTO pozyskało fundusze unijne i to MIASTO je wydaje, i to MIASTO o nich decyduje. Mieszkańcy się nie liczą, konsultacji nie trzeba prowadzić, albo się je prowadzi w ten sposób, że urzędnicy "rozmawiają do mieszkańców".

A może chodzi o co innego? Czyli puszczenie tranzytu z Artyleryjskiej w Partyzantów jak najkrótszą drogą? Zatem nazywajmy rzeczy po imieniu: Partyzantów będzie drogą tranzytową! A w całej tej inwestycji miejskiej chodzi o ruch Artyleryjska - Partyzantów - Limanowskiego.

wtorek, 11 października 2011

Wielki świat nad Olsztynem :)

Kiedyś, widząc nieustannie przemieszczające się nad Olsztynem na dużej wysokości samoloty i liczne smugi kondensacyjne zastanawialiśmy się z kolegami kto i po co nad nami lata. Przeważała opinia, że są to samoloty wojskowe i najprawdopodobniej radzieckie :) Inna teza głosiła, że to loty pasażerskie do Moskwy...
Obecnie temat ten można bliżej zinwestygować dzięki portalowi flightradar24.com.
Jak wynika z obserwacji nad Olsztynem przebiega między innymi korytarz lotniczy łączący kraje azjatyckie z Europą Zachodnią. Rejsy te w celu zredukowania krzywizny Ziemi, nad którą muszą przelecieć odchylają się dość mocno na północ.
Stąd też częstymi goścmi nad Olsztynem są czterosilnikowe kolosy jak Boeing 747 czy Airbus A380 łączące przeważnie miasta europejskie Paryż, Londyn, Frankfurt, Amsterdam z głównymi centrami Azji takimi jak Hong Kong, Seul, Tokio, Osaka, Pekin, Szanghaj.


Przykładowo poniżej widać Airbusa A380 linii Lufthansy lecącego z Pekinu do Frankfurtu nad Menem.


 400 kilometrów za nim leci kolejny, trochę już mniejszy Airbus z Osaki do Frankfurtu.

Podsumowując , Olsztyn leży na jednym z ważniejszych obecnie szlaków transportowych na świecie, szkoda tylko, że korzyści z tego raczej nie wystąpią.

piątek, 7 października 2011

Przyjechali i pozastawiali

Społeczność uniwersytecka Kortowa otrzymała Nagrodę Specjalną w plebiscycie „7 nowych cudów Polski" organizowanym przez magazyn „National Geographic Traveler" jak donosi serwis UWM i lokalne media. Większość z nich rozpływa się także w zachwytach nad studentami uczelni, przykładowo jeden z lokalnych portali komentuje: "Kortowo nie jest cudem, ale jest nim studencka społeczność!"
I tak to o to zasługi natury, niemieckich budowniczych Kortowa, oraz odbudowujących Kortowo po wojennych zniszczeniach idą w niepamięć, a fetyszem jest społeczność studencka, której poziomom kultury okazywany jest chociażby poprzez sposób parkowania samochodów na terenie uniwersytetu.
A tu panuje całkowite przyzwolenie władz UWM na niszczenie terenów zielonych, blokowanie przejść dla pieszych i skrzyżowań, zastawianie chodników.

Ambicją pewnej grupy studentów jest podjechanie swoim starym golfem jak najbliżej miejsca zajęć, czy akademika, nawet jeśli przy okazji trzeba zaparkować na trawniku. Inna sprawa, że większość tych trawników jest nimi już tylko z nazwy.
Kolejny aspekt tego zjawiska to teren byłego cmentarza niemieckiego w okolicach DS6 i DS4. Chociażby z tego względu władze UWM powinny zadbać o ten skrawek terenu, na którym jeszcze w latach 90tych znaleźć można było ludzkie kości lub płyty nagrobne. W obecnej chwili jest to folwark parkingowy dla wszelkiego rodzaju BLów, WMLów i CBRów. Oczywiście NOSy, NELe i NBRy także dopisują.


Tak to o to ten olsztyński CUD jakim jest Kortowo zalewany jest i dewastowany przez przybyszów nie znających historii miejsca, ale nie potrafiących również uszanować jego estetyki i zasad współżycia międzyludzkiego.

Przedstawione zdjęcia pochodzą sprzed paru miesięcy, ale mamy już sygnały, że wraz z rozpoczęciem roku akademickiego sytuacja wróciła do "normy" i znowu "parkują gdzie popadnie" - także nie omieszkamy ukazać nowych ciekawych materiałów dowodowych w następnych odsłonach.
C.D.N.

czwartek, 6 października 2011

Strefa Specjalnej Troski

Niedługo będzie dyskutowana sprawa opłat za postój w centrum Olsztyna. Dziś opłaty są śmiesznie niskie. Oczywiście zaraz odezwą się zwolennicy teorii, że wszystko powinno być tanie, w tym: opłaty za postój, bo miasto jest biedne. Dlatego właśnie "biedny" musi kalkulować co chwila. Skalkulujmy zatem...

Foto: NO PATI, tak to się nie parkuje! (numery niestety musieliśmy ukryć). Kierowca niebieskiego Forda chyba też nie używa nóg. Dziwi przyzwolenie na parkowanie na chodniku. A co by było gdyby tam ktoś postawił stragan?

Opłaty za postój dziś wynoszą: 1 zł za 30 minut, 1,40 zł za godzinę, 50 zł za miesiąc i 200 zł za pół roku. Opcji jest więcej, ale te są - można powiedzieć - najważniejsze, bo albo ktoś korzysta jednorazowo "na chwilę" i parkuje w centrum by coś tam szybko załatwić i wyjeżdża, albo parkuje codziennie, bo w ten sposób dojeżdża do pracy w śródmieściu. Największym problemem dla miasta jako całości są te samochody, które po prostu stoją całymi dniami i zajmują jakieś 10 m2 każdy. Jak wyliczyć opłatę, która powinna być uiszczana za postój? Ile powinna wynosić cena abonamentu miesięcznego?

Przyjmijmy, że samochód zajmuje jakieś 10 m2 powierzchni przez trochę ponad 8 godzin. Niemal w całości pokrywa się to z godzinami w których strefa obowiązuje. Porównajmy to zatem do czegoś co podobną przestrzeń zajmuje w zbliżonym czasie. Do czego? Każda opcja polityczna mówi o tworzeniu miejsc pracy, przedsiębiorczości itd. Każdy rozumie jak jest ona ważna np. dla walki z podstawowym problemem w naszym regionie tj. z bezrobociem. Każdy kto będzie startował w jakichkolwiek wyborach będzie podkreślał że generalnie to trzeba o nią dbać. Nie wiem co rozumieją pod pojęciem "przedsiębiorczości" ci co mogą ją instrumentami budżetowymi wspomagać, ale przedsiębiorczość to są głównie mikro i małe przedsiębiorstwa, często małe rodzinne "small biznesy". Istotne jest również to, że ci drobni przedsiębiorcy tworzą sobie miejsce pracy, którego często nie mogliby znaleźć licząc na kogoś innego. Pójście na bezrobocie takiego samozatrudniającego się przedsiębiorcy to podwójna strata społeczna: raz że nie płaci wtedy podatku dochodowego, dwa: że trzeba mu ufundować zasiłek dla bezrobotnych.

Zatem, jeśli miasto tak wspiera przedsiębiorczość to spokojnie możemy porównać opłaty parkingowe np. do opłat targowych. W końcu taki stragan zajmuje podobną powierzchnię jak samochód (trochę mniejszą, albo nawet dużo mniejszą jeśli się doliczy że samo miejsce parkingowe nie wystarcza, bo trzeba jakoś dojechać, nawet na samym parkingu).

Ile dziennie płaci handlarz? 8 zł. Ile płaci miesięcznie? 150 zł. Ile za pół roku? 900 zł. Nie ma bowiem żadnych zniżek, tak jak to ma miejsce w przypadku opłat za parkowanie. Gdyby taką możliwość miał, z pewnością skorzystałby z półrocznego abonamentu. W takim wariancie kieszeń kierowcy dziennie staje się lżejsza o złotówkę i 11 groszy. Przedsiębiorcę, zawsze 8 zł.

Gdyby cena za parkowanie opierała się na kalkulacji w podobny sposób jak w przypadku tak "wspieranej przedsiębiorczości" to wynosiłaby nie 50 zł miesięcznie, a 240 zł. I tyle powinna wynosić. Czym bowiem różni się zajęcie przestrzeni publicznej przez samochód od ustawionego straganu?

poniedziałek, 3 października 2011

Ile kosztują nas enklawy przyurzędowe?

Radni mieli dyskutować na temat opłat w strefie parkowania, ale przyznali się, że są nieprzygotowani. Przygotowani do podwyżek będą dopiero po wyborach. Tymczasem nic nie stoi na przeszkodzie żeby już dziś uzupełnić luki które w strefie płatnego parkowania występują.

Troska o portfel kierowców wyrażana jest bowiem nie tylko poprzez utrzymywanie sztucznie niskiej ceny za parkowanie w strefie płatnego postoju, ale także poprzez utrzymanie enklaw przyurzędowych, a konkretnie dwóch: jednej na placu przy pomniku Dunikowskiego, czyli popularnych Szubienic i drugiej na parkingu za ratuszem. Przy czym ten drugi to jest całkowite zawłaszczenie przestrzeni publicznej poprzez ogrodzenie i oszlabanowanie placu na ok. 80 miejsc postojowych. Już totalną hipokryzją było wyłożenie trawy za ratuszem podczas ostatniego Park(ing) Day. Trawa została ułożona niby na terenie parkingu, ale nie na wyznaczonym miejscu do parkowania, lecz na chodniku już prowadzącym do budynku. To pokazuje sposób myślenia odpowiedzialnych za transport w ratuszu.

Ale... nie o tym. Wyliczmy: ile te dwie enklawy nas kosztują?

Za ratuszem ok. 70 miejsc parkingowych, przy Szubienicach: 140 samochodów stoi zaparkowanych na zabytkowych płytach z byłego mauzoleum Hinderburga. To darmowy parking z którego korzystają pracownicy urzędów marszałkowskiego i wojewódzkiego. Oczywiście teoretycznie parking jest dostępny dla każdego, tyle że kto w Śródmieściu zaczyna (i kończy pracę) przed urzędnikami? Zresztą pod nich też są ustalone godziny w których strefa obowiązuje tj. do godziny 16:00 (a w piątki do 15:00).

Biuro Strefy wskazuje że w Olsztynie znajduje się 2200 miejsc (informacja za GW). Przychód ze strefy rocznie wynosi ok. 2,6 mln (dane z 2010 r.), a więc obie przyurzędowe śródmiejskie enklawy które dają łącznie jakieś 220 miejsc powinny generować przychód w wysokości ponad 10 tys. złotych miesięcznie. I tyle nas, podatników kosztują. Podobnie można szacować jeszcze koszty utrzymania parkingu na placu Roosevelta (na przeciwko MZDiM), choć ten w porównaniu do Szubienic to pikuś.

PS. Jakiś czas temu enklawa, choć nie przyurzędnicza, istniała także na dziurawej działce przy Nowowiejskiego. Zlikwidowano ją ponad rok temu, a ostatnio Miejski Zarząd Dróg i Mostów planuje włączenie do strefy właśnie placu przy pomniku autorstwa X. Dunikowskiego. Drogowców można zrozumieć jeśli chodzi o łatanie tych dziur, choć ciężko zrozumień brak konsekwencji jeśli chodzi o okolice Szrajbera. Same władze miasta już ciężej zrozumieć jeśli chodzi o sam Plac Dunikowskiego, bo to w końcu plac a nie parking tak naprawdę, a parkingiem stał się tymczasowo.

Dwie plomby już wstawione (druga powinna być wkrótce), a co z enklawą za ratuszem? Wprawdzie to nie leży w gestii MZDiM, ale szef Urzędu Miasta mógłby to zmienić dosyć szybko. W końcu przykład idzie z góry.

sobota, 1 października 2011

Nie będzie niczego

W województwie warmińsko-mazurskim będzie realizowany program... Kononowicza Krzysztofa (bo w tej kolejności się przedstawia), czyli "nie będzie niczego" i to niezależnie od tego, która partia polityczna wygra nadchodzące wybory. Takie wnioski można wyciągnąć z odpowiedzi których udzieliły sztaby wyborcze poszczególnych ugrupowań w ankiecie Gazety Wyborczej.

Oczywiście odpowiedzi już na wstępie są skazane na porażkę jeśli partie będą się trzymać sztywnych ram geograficznych nadanych przez reformę administracyjną z 1998 roku. "Warmia i Mazury" to już najczęściej "Warmiaimazury", tak jakby krainy te były do siebie podobne, a przecież różni je bardzo wiele i promować je trzeba w różny sposób. Ba, pomysły na nie muszą być różne.

Czytając wypowiedzi przytaczane przez GW zaskakuje to, że nikt nie zwrócił uwagi na to że przykładowo w Mikołajkach, Giżycku czy Węgorzewie turystyka faktycznie ma jakiś sens i tam można zaryzykować stwierdzenie że miejscowości te będą z niej żyły, a z pewnością można powiedzieć że będzie główną gałęzią gospodarki lokalnej. Do tego szeroko prowadzona kampania "Mazury cud natury" jednoznacznie wskazuje na Mazury właśnie, a nie Warmię. Zapewnienia polityków w wywiadach, że "to tak domyślnie chodzi o całe województwo" jest totalną ściemą! Turysta pojedzie "na Mazury" i na nie trafi. Nikt nie jedzie "wypoczywać w województwie warmińsko-mazurskim", albo nie "biwakuje na Warmii i Mazurach", bo albo jest na Warmii albo jest na Mazurach, przy czym częściej trafia na Mazury. Warmia nie jest promowana, a i gęstość zaludnienia w tej części województwa nie daje szans by z tych jezior mogli wszyscy, albo chociaż znaczna część, wyżyć.



Wracając do tych odpowiedzi z ankiety: na turystykę stawiają niemal wszyscy! Najmocniej akcentuje to Ruch Palikota, bo nie wskazuje nawet żadnego innego kierunku. Na zupełnie drugim biegunie, ku mojemu zaskoczeniu, znalazł się PiS, który jednoznacznie stwierdza że "turystyka się nie sprawdziła" i trzeba postawić na przemysł. Fajnie, szkoda tylko że politycy PiS nie dodali jaki to ma być przemysł, bo przemysłem teraz jest niemal wszystko. W przeprowadzonej zabawie wpisuję zatem PiSowi punkty przy różnych gałęziach przemysłu, ale nie turystyce i rolnictwie. Pozostałe partie jak mantrę powtarzają: turystyka, rolnictwo, lasy.

Z uwagi na fakt iż mało prawdopodobne by jedna partia była w stanie sama utworzyć rząd, każdej partii przypisuje jeden głos. I w ten sposób wychodzi, że dalej będzie to co jest, nic nowego: turystyka, która jak dowodzi jacOL (Pomysł na Olsztyn?) nie utrzyma np. Olsztyna. Dalej mamy gospodarkę leśną, rolnictwo, czyli... co tu dużo gadać: rozwój gospodarczy nam nie grozi, bo ile można się rozwijać bazując na drewnie, którego zresztą znaczna część musi przecież pozostać w lasach, które to są "zielonym płucem Polski" przecież. O ile można zwiększyć efektywność rolnictwa i jakie daje to szanse regionowi skoro za grosze można je kupić na nieodległych rynkach zagranicznych.

W "Raporcie o innowacyjności polskiej gospodarki", jej autorzy wyraźnie mówią o tym, że dziś wygrywa ten który opanuje wiedzę, zacznie patentować i na wdrożonych innowacjach zarabiać i to dwukrotnie, najpierw sprzedając wytworzone dzięki innowacjom dobra, a później odsprzedając po kilku(nastu) latach przestarzałe już technologie do krajów które nie nadążają za pionierami innowacji a są jedynie odtwórcami.

Rolnictwo i turystyka to jest całkowicie odmienny biegun. To są działy gospodarki które są tłem rozwoju, a nie umożliwiają postęp cywilizacyjny. Na tym da się wycisnąć 1,5% - 2,5% wzrostu PKB rocznie, ale opierając się na takim wzroście cofamy się, a różnica w poziomie gospodarczym w stosunku do np. województwa Kujawsko-Pomorskiego, bo nie będę porównywał do Warszawy czy Trójmiasta, będzie się tylko powiększać.

"Przemysł", który przez wielu utożsamiany jest z dużymi fabrykami co to dają dużo miejsc pracy jest dobry, ale musi opierać się na lokalnych innowatorach i zbudowanej lokalnie kulturze innowacyjności (programy edukacji szkolnej zachęcające do nieszablonowych działań, powszechne dodatkowe zajęcia pozaszkolne, programy studiów związane z małymi badaniami i konkursami badawczymi, współpraca nauki i biznesu poprzez określenie wspólnych pól do współpracy, promowanie kreatywności i pomysłowości w mediach).

Era przemysłowa się skończyła! Dziś liczy się know-how. Fabryki, które są jedynie odtwórcami, a nie opierają się na "lokalnych, ale globalnych" jednostkach badawczych i rozwojowych są przenoszone coraz dalej na Wschód.

Co będzie gdy jedyna duża fabryka w mieście zostanie przeniesiona na Ukrainę czy do Chin, a do tego lato będzie deszczowe? Obudźmy się!

czwartek, 29 września 2011

Złota za dwa złote

O rozlewaniu się Olsztyna pisaliśmy już w pierwszym poście na tym blogu. Winę za rozlewanie się miasta ponoszą jego władze, bo to one odpowiadają za plany zagospodarowania przestrzennego. Problemem jest też brak koordynacji w tym zakresie pomiędzy zainteresowanymi gminami. Dziwić może jednak duże zainteresowanie kupujących mieszkania na obrzeżach Olsztyna… a może wynika to z tego że prawie tylko tam te mieszkania się buduje?

Zróbmy analizę samych decyzji mieszkańców: weźmy popularne wśród olsztynian rozwiązanie, a więc zakup mieszkania np. przy ulicy Złotej. Dokładnie: dwupokojowego ok. 48 m2, bo to taka średnia. Ostateczna cena zapłacona przez pana – nazwijmy go - Złocińskiego to 205’920 złotych. Z drugiej strony mieszkanie w Śródmieściu: taki sam metraż, z tym że dużo wyższa – jak twierdzi mieszkaniec ulicy Złotej – cena w wysokości 256’800 zł. Śródmiejski płaci bo ceni sobie wygodę: pracuje w centrum i chce mieć do pracy blisko, nie chce tracić czasu na stanie w korkach!

Mieszkaniec ze Złotej pracuje (dość powszechne w Olsztynie) w urzędzie. Odległość do pracy w Urzędzie Wojewódzkim, Urzędzie Marszałkowskim lub w innym urzędzie w centrum) to ok. 7 km w jedną stronę. Przyjmując że jakieś 20 dni w miesiącu jeździ do pracy daje to rocznie 3,5 tys. kilometrów pokonywanych, najczęściej – bo trzymamy się popularnych w Olsztynie rozwiązań - samochodem. Auto, najwięcej spala właśnie na rozruchu, czyli krótkie odcinki są najbardziej kosztowne w przeliczeniu na kilometr jeśli chodzi o zużycie paliwa, ale i ogólnie: zużycie samochodu. Przyjmijmy, że samochód na tej trasie, często w korku spali średnio 11,5 litra benzyny na 100 km. Średniomiesięczny koszt paliwa (5,18 zł / litr) zatem to 175 zł.

Oczywiście to nie jedyne koszty związane z samochodem. Największy koszt to cena zakupu lub rata kredytu samochodowego oraz ubezpieczenia AC i OC, opłata za przeglądy, naprawy, ale przyjmijmy, że mieszkaniec Śródmieścia też samochód posiada, choć na co dzień do pracy chodzi pieszo. W uproszczonej analizie nie dodajemy zatem kosztów stałych utrzymania samochodu, bo występują w obu przypadkach. Trzeba jednak zwrócić uwagę jednak, że auto mieszkańca ulicy Złotej szybciej się zużywa: w ciągu 5 lat bowiem przebieg jego samochodu jest wyższy o jakieś 17’640 km, czyli sprzedając samochód po tym okresie uzyskałby cenę niższą o ok. 1’800 zł (sprzedawany jest 10-cio letni popularny Ford Focus z silnikiem 1.6), co daje dodatkowy koszt 30 zł miesięcznie, a naprawy (a właściwie wymiany olejów, filtrów) kosztują o 1500 zł więcej w ciągu 5 lat co daje dodatkowe 25 zł w ujęciu miesięcznym.

W uproszczeniu, choć nie dużym, przyjmijmy jeszcze, że równoważą się dwa ryzyka, które występują: 1. mieszkaniec ulicy Złotej jeździ autem częściej więc jest bardziej narażony na stłuczki, a więc i dodatkowe koszty, 2. kierowca z centrum używa samochodu rzadziej więc ma mniejsze doświadczenie co też wiąże się z większym ryzykiem stłuczek.

Inne koszty które jeszcze musimy doliczyć to opłata za parking w strefie parkowania w centrum, która wynosi 50 zł miesięcznie (wiem, wiem… urzędnicy mają za darmo parkingi na Placu Dunikowskiego i za Ratuszem!), ale analizujemy tu mieszkańca który lubi pospać i na miejsce na parkingu darmowym już się nie załapuje, bo wyprzedza go inny mieszkaniec np. z Podgrodzia. Śródmiejski, którego auto zostaje pod domem ma darmową kartę mieszkańca więc nic nie płaci za parkowanie.

Dodajmy fakt, że Złociński raz w miesiącu wychodzi wieczorem do: kina, teatru lub – co bardziej popularne – do knajpy na Stare Miasto i wraca wieczorem taksówką (2,90 zł za bilet ZTM żeby do tej knajpy dojechać + prawie 30 zł żeby w nocy wrócić taksówką na Złotą).

Jaka wychodzi różnica w kosztach, które ponoszą Złociński i Śródmiejski? Czy coś co wydaje się Złocińskiemu opłacalnym takim w rzeczywistości jest? My liczymy, ale Złociński chyba nie… cieszy się przecież nowym mieszkaniem, które kupił dzięki kredytowi na 100% LTV (czyli na całą nieruchomość) - to też bardzo popularne rozwiązanie. Oprocentowanie jego kredytu wynosi obecnie 7,01% - wziął kredyt oczywiście w jednym z najpopularniejszych banków. Żałuje, że nie dostał kredytu we frankach szwajcarskich, bo przy takim kursie to byłaby perspektywa zarobku na kredycie, ale i tak się cieszy, bo już mieszka u siebie. Teraz już tylko płacić: w jego 30-letnim kredycie złotówkowym rata wyniesie 1’371 zł, czyli jakieś 338,85 zł więcej niż wspomnianego wyżej świeżego mieszkańca Śródmieścia.

Zatem mamy:
+ 338,85 zł – różnica w racie na korzyść Złocińskiego
- 166,80 zł – koszt paliwa
- 55,00 zł – wyższy koszt zużycia samochodu
- 50,00 zł – opłata parkingowa
- 30,00 zł – taksówka raz w miesiącu
--------------------------------------------------
= 32,05 zł

Podzielmy to na 20 dni dojazdów do pracy… wychodzi: 1,60 zł dziennie.
Zatem za każdym razem gdy Złociński stoi w korku (stoi w obu kierunkach) na Sikorskiego może pomyśleć o tym, że „zyskuje” na tym całe 80 groszy!


Więc o co w tym chodzi? Czy Złociński ma wybór? Czy to zależy od czynników zewnętrznych? Przecież władzom powinno zależeć na tym by mieszkańcy mieszkali w bardziej zwartej zabudowie bliżej centrum miasta bo w przypadku rozlewania się blokowisk miasto ponosi spore koszty budowy i utrzymania dróg, utrzymania dłuższych linii komunikacji miejskiej, budowy i utrzymania przystanków, ale też przedszkoli, bibliotek, przychodni, które gdzie indziej będą likwidowane. A za to płacą już wszyscy! A Śródmiejski jeszcze bardziej, bo samochody Złocińskich, Srebrnych i Diamentowych rozjeżdżają jego podwórko.

środa, 28 września 2011

Turystyka, ekologia i... akwakultura

Zawsze kibicowałem, a kiedy mogłem to aktywnie brałem udział w akcjach takich jak "Sprzątanie świata", "Posprzątajmy Polskę" czy choćby osiedlowe czyny społeczne. Ich sens jest szczególnie duży bo mieszkamy (podobno) w mieście-ogrodzie lub chcemy w takim miejscu mieszkać w przyszłości. Akcje jednak nic nie dadzą jeśli będzie się je organizować... do połowy, a dbanie o środowisko pozostanie jedynie w dokumentach życzeniowych (czyt. Strategia Rozwoju Miasta).


Nie dawno mieliśmy akcję sprzątania świata. To fajnie, że ktoś przywiózł worki, skrzyknęło się wielu za darmo pracujących ludzi, pokazało się dzieciom jak należy dbać o przyrodę nie oglądając się przy tym na innych co te śmieci wyrzucili. Tylko co z tego jeśli akcja skończyła się tym, że wypełnione śmieciami worki stoją na miejscu już conajmniej kilka(naście) dni. Spacerując w weekend po Skwerze Wolnego Tybetu (teren przy "Elektroniku") zobaczyłem kilkanaście czarnych worków ładnie ułożonych oraz już jeden w... wodzie Jeziora Czarnego. To znaczy, jeden w tej wodzie był jeszcze widoczny, a nie wiadomo ile poszło na dno! Jak dowodzą specjaliści, jeziorko to jest ciągle połączone z największym w Olsztynie zbiornikiem wodnym tj. z popularnym Jeziorem Krzywym, na którego zagospodarowanie brzegów ma się wydać miliony. Worki które pozostaną na brzegu jeszcze parę dni i w końcu popękają, zostaną przedziurawione i cała akcja pójdzie na marne. Ba, biorąc pod uwagę śmieci które trafiły do jeziora, to akcja sprzątania ma wręcz ujemne skutki, bo gdyby nie posprzątano, śmieci walałyby się po trawie (byłaby jeszcze szansa że część z nich ktoś by kiedyś podniósł), a nie zatruwały wodę tych jezior co to "mają nam dać chleb" poprzez przychody z turystyki opierającej się na "mieście kilkunastu jezior".

Polityka coś tam robimy, bo tak trzeba i takie przykłady jak ta nieprzemyślana do końca akcja, plus znane chyba wszystkim wrzucanie śmieci do jednej śmieciarki mimo iż wcześniej mieszkańcy skrupulatnie sortowali je z podziałem na kontenery przeznaczone na poszczególne rodzaje odpadków, zniechęcają mieszkańców do zachowań proekologicznych. W mieście które chce żyć z turystki (choć to dość naiwne) musi być strategia działań zmierzających do utrzymania czystości: działania edukacyjne od maluchów w przedszkolu do emerytów, polityka cenowa zniechęcająca do dzikiego wyrzucania śmieci po lasach i przydrożnych rowach. Może na przykład posortowane w odpowiedni sposób śmieci mogłyby być odbierane bez opłat?! Nierealne? A może dla miasta jest to tańsze niż koszt do poniesienia w przyszłości za sprzątanie śmieci po lasach plus koszt utraconych możliwości, czyli straty przychodów z turystów którzy tu już nie wrócą gdy natkną się na śmieci wysiadając z łodzi czy kajaka. Przecież nie mamy tutaj wielkiego średniowiecznego zamku (jak w Malborku), nie mamy największych jezior (jak Mazury), nie mamy... i wielu innych. Zostaje obcowanie z naturą właśnie. Tej natury jednak coraz mniej i nie chodzi tylko o wycinanie drzew, ale właśnie o te wszechobecne śmieci.

Przy okazji: Jak mamy liczyć na studentów akwakultury i rybactwa (patrz: "Akwakultura prawdę ci powie"), jak tuż obok uczelni w Lesie Kortowskim do jeziora wpadają plastikowe butelki, foliowe torebki, kartony po napojach... maturzysta który to widzi pójdzie studiować co innego, coś na co jest zapotrzebowanie, a ekologia i środowisko jest w Olsztynie niedorozwinięte, ciągle w podobnym stanie jak na początku lat '90: produkujemy, konsumujemy, wyrzucamy gdzie się da, a po nas choćby potop. Pomysłodawcy Kajaka Miejskiego po eksploracji terenów Kortówki piszą o szczupakach pływających wśród lodówek tuż obok plaży miejskiej, na rzeczce (Kortówce) łączącej dwa największe olsztyńskie jeziora! Jeśli nie zostaną powzięte konkretne działania to nie będzie mowy nawet o 5% miejskiego PKB wytworzonego w turystyce, a absolwenci akwakultury, rybactwa czy ochrony środowiska, z wodą będą mieć do czynienia tylko na zmywaku w Londynie.

poniedziałek, 26 września 2011

Akwakultura prawdę Ci powie.

Tytułowy kierunek studiów na UWM znakomicie obrazuje przykład zupełnego braku koordynacji między celami a sposobami ich osiągania lub też pomiędzy stanem faktycznym a "UWMowskim matrixem", w którym żyją władze uczelni.

W związku z ambicjami tych ostatnich UWM wybudował w ramach wartego 130 milionów złotych projektu BIO (od autora: - poprzednio podano kwoty za portalem olsztyn.com.pl, po zweryfikowaniu prostujemy) Centrum Akwakultury (koszt 29,5 mln złotych) mające slużyć do badań organizmów wodnych i ich hodowli. W ofercie uczelni istnieje przecież kierunek akwakultura i bezpieczeństwo żywności także, sens budowania obiektu był oczywisty. Jednakże studenci (a może to rynek pracy?) zadecydowanie nie docenili nowego opakowania takiej oferty dydaktycznej i zagłosowali nogami. Kierunek w ramach rozpoczynającego się za kilka dni roku akademickiego nie zostanie uruchomiony z powodu braku chętnych (2). Tzn. chętny byl jeden, ale nie został przyjęty :)
I tu pojawia się pierwsze pytanie - czy ktokolwiek ze sponsorów takiej oferty kształcenia (MNiSW, UWM, budżet państwa) zastanowił się bądź zbadał czy istnieje w ogóle zapotrzebowanie na taki kierunek studiów? Może rynek pracy nie potrzebuje akwakulturystów? Po co w takim razie rozwijać taką specjalizację i przeznaczać na nią olbrzymie pieniądze?
Władze uczelni jednakże szybko rozwiązaly ten dylemat. Na pytanie prasy o sens budowy Centrum Akwakultury skoro nie zostanie uruchomiony kierunek studiów, który w założeniu miał z niego korzystać, pojawia się błyskotliwa odpowiedź :"Skorzystają z niego studenci rybactwa" (2)
Sprawdzamy na stronie UWM, ilu studentów przyjęto na tenże kierunek w ramach tegorocznego naboru, wychodzi 9 (dziewięć) osób.
http://www.uwm.edu.pl/uploads/files/ksztalcenie/aa-rekrutacja-listy/ryb-p.pdf

Musimy być naprawdę bogatym krajem, który potrafi stworzyć wybranym jednostkom takie elitarne warunki kształcenia, gdzie nakłady inwestycyjne na jedngo studenta można liczyć w milionach. A może chodzi jedynie o to aby wydać pieniądzę z UE? Przypominamy jednak, takie inwestycje trzeba będzie utrzymywać przez wiele lat i na to Unia pieniędzy już nam nie da! A co gdy za kilka lat nie pojawi się ani jeden chętny do studiowania akwakultury czy rybactwa? Zostaniemy z naszym pięknym i drogim w utrzymaniu Centrum, jak przysłowiowi Grecy, którzy przejedli dofinansowanie unijne i zostali jedynie z kosztami i długami.

(1) http://www.olsztyn.com.pl/wiadomosc,33945,centrum-akwakultury-uwm-niemal-gotowe.html
(2) http://m.olsztyn.gazeta.pl/olsztyn/1,106514,10339028,Uniwersytet_zamyka_ksztalcenie_na_czterech_kierunkach.html

środa, 21 września 2011

Zatrudniają będą zwalniać, zwalniają będa zatrudniać?

Dzisiejszy artykuł dotyczący UWM zobrazować można różnymi parafrazami zaczerpniętego z literatury cytatu: „Zwalniają – znaczy się będą przyjmować".
W wersji UWM może on brzmieć nastepująco: "Budują i betonują - będą zwalniać" lub też "Idźmy w hektary a zwalniajmy ludzi"

Jakże inaczej rozumieć napływające równocześnie z UWM wydawałoby się logicznie sprzeczne informacje? Z jednej pieniędzy brak, uniwersytetowi grozi utrata płynności finansowej.(1) Z drugiej strony brak wystarczającej liczby kandydatów na niektóre kierunki, co zaowocuje spadkiem dofinansowania z MEN.(2) Jak podały władze, pomimo dodatkowej rekrutacji pierwszy rok nauki na UWM zacznie 12 tys. studentów przy 14,5 tys. dostępnych miejsc. I co w takiej sytuacji planują władze? Kolejne inwestycje i kolejne budynki! (3) I to w perspektywie kolejnych pokoleń niżu demograficznego w naszym kraju. Pytanie tylko komu one będą służyć i kto poniesie koszty. W analogicznej sytuacji zarząd każdej rozsądnie działającej firmy (spadek sprzedaży, spadek przychodów) podjąłby decyzję o zaostrzeniu dyscypliny finansowej i wstrzymaniu inwestycji, które wygenerują koszt zarówno jednorazowy jak i rozłożony w czasie. Co innego bowiem wybudować tylko po to aby wydać pieniądze z UE a co innego utrzymywać w przyszłości, a na utrzymanie tych pomników obecnych rektorów Unia środków już nie da :(

Rekompensowanie tych wszystkich problemów ewentualnymi zwolnieniami w sytuacji gdy UWM należy do znaczących pracodawców w mieście wydaje się pomyłem jeszcze gorszym. Całość bowiem może zakończyć się błednym kołem: mniej studentów - mniej pracowników - więcej drogich w utrzymaniu, niepotrzebnych budynków. Korzyść dla miasta i społeczeństwa z takiego rozwoju sytuacji jest oczywiście żadna.

(1)"Na 14,5 tysiąca miejsc zgłosiło się 12 tysięcy kandydatów - mówi prof. Józef Górniewicz, rektor uczelni. Niektóre kierunki studiów mogą więc zostać zlikwidowane, a w ślad za tym możliwa jest redukcja zatrudnienia."
http://olsztyn.gazeta.pl/olsztyn/1,35189,10316215,Malo_zakow_na_UWM__Niewykluczone_sa_wiec_zwolnienia.html


(2)"W lutym senat Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego zdecydował, że uczelnia nie da dodatkowych pieniędzy na budowę szpitala akademickiego. Władze uniwersytetu uznały, że przez medycynę cała uczelnia może stracić płynność finansową. Okazało się bowiem, że koszt inwestycji, zamiast początkowych 30 mln zł, ma wynieść 40 mln zł i zamiast planowanych 9 mln zł, uniwersytet musiałby dołożyć ponad 17,5 mln zł"
http://olsztyn.gazeta.pl/olsztyn/1,35189,10310347,Szpital_bylby_za_1_5_roku__bedzie_za_2_5_roku.html

(3)"Wiadomo już, jak ma wyglądać kompleks nowych budynków Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego. Władze uczelni liczą, że dzięki konkursowi architektonicznemu gmach stanie się dumą miasta"
http://olsztyn.gazeta.pl/olsztyn/1,35189,10316645,Wyniki_konkursu_na_najbardziej_reprezentacyjny_gmach.html

wtorek, 20 września 2011

TECHNOlsztyn

Kierunek Informatyka na UWM jest. Dotychczas tyle o tym kierunku można powiedzieć, bowiem już w konkursach programistycznych wyjątkowych osiągnięć studenci UWM nie mają. To kierunek, który jak to na UWM zwykło się mówić: „rozwija się”. Generalnie to wszystkie ciągle się rozwijają, ale chętnych na nie ubywa z roku na rok nie tylko o wskaźnik demograficzny odzwierciedlający wchodzący na uczelnie niż. Najczęściej, po frazesach o rozwoju dodaje się od razu… mamy piękny kampus i warunki do studiowania, mamy nowy budynek, nowoczesne pracownie. Oczywiście w przypadku informatyki wyposażenie ma znaczenie, ale to jakby rozwiązanie 0/1, czyli określony stan techniczny chcąc mieć informatykę na uniwersytecie trzeba mieć. To, że jest to „nowoczesne centrum” (RCI) jest oczywiste skoro powstało przed chwilą. Trudno żeby za 30 milionów wybudowano nienowoczesne centrum. RCI może robić wrażenie na mieszkańcach Olsztyna, bo w większości nikt nie spotyka się na co dzień z przykładami działań innych uczelni w kraju. Trzeba wiedzieć że takie projekty w obecnych latach po prostu muszą powstawać – to żadna wyjątkowość Olsztyna. Olsztyn jest za to wyjątkowy pod innym względem… Przede wszystkim nie dąży się do osiągnięcia zysku z synergii różnych inwestycji. Przykładem na to jest lokalizacja Olsztyńskiego Parku Naukowo-Technologicznego, który miasto będzie budować w okolicach Skandy, czyli - w ładnym (bo ładnym) polu, do którego trzeba doprowadzić drogi i komunikację miejską. Tymczasem naturalną lokalizacją (jeśli faktycznie ten park ma być choć trochę „naukowy”) byłyby okolice UWM (Kortowa) i samego RCI, nie wspominając że obok znajdowałaby się biblioteka i centrum konferencyjne. Jeśli do Olsztyna miałaby trafiać jakakolwiek myśl z zewnątrz (jest to niezbędne) to łatwiej by jej było dotrzeć właśnie w okolice Kortowa. Prestiż uczelni, który może kiedyś uda się zbudować dodatkowo wspomagałby OPN-T. Poza tym, jeśli to pracownicy naukowi UWM na co dzień mają tworzyć wartość naukową parku to powinni mieć możliwość działania w nim bez dłuższych wycieczek i być aktywnym cały czas, a nie „w piątek bo już nie muszę być na uczelni”. Wydaje się, że po raz kolejny celem staje się samo wydanie środków unijnych a nie realizacja określonego celu w ujęciu strategicznym. Nie widać bowiem też żadnych działań zmierzających do rozwoju czystych technologii, które wskazuje się jako te które warto rozwijać w „turystycznym Olsztynie”. Bajki o „dolinie krzemowej” w RCI czy OPN-T znajdą miejsce w lokalnej gazecie, ale nie na tym blogu. Wiemy bowiem co robią inne miasta a czego władze Olsztyna nie robią. Pomijając tutaj największe metropolie: np. Szczecin organizuje polsko-niemiecki Startup Weekend, podczas którego ponad setka uczestników będzie mogła poznać tajniki zakładania e-biznesu, a w wakacje na dwa miesiące zjechali się tam młodzi ludzie by rozwijać swoje pomysły pod okiem ekspertów od e-biznesu. Trzeba dodać przy okazji, że potencjał spotkań uczestników z dwóch krajów zawsze rodzi wiele nowych pomysłów i otwiera wiele szans, nawet jeśli na początku mają to być kalki serwisów internetowych z jednego kraju do drugiego. Czy ktokolwiek zastanawiał się o wykorzystaniu potencjału współpracy olsztyńsko-kaliningradzkiej podczas podobnych spotkań? Przecież one nie wiele kosztują, a mogą zrodzić wiele małych biznesów, a Olsztyn mógłby zacząć być postrzegany jako promujący nowe technologie i tym samym przyciągać przyszłych studentów informatyki. Zorganizowanie hackerspace’ów w fajnym kampusie akademickim sprawiłoby, że o imprezie i Olsztynie mogłoby być głośno w Polsce, a miasto za nagrody i utrzymanie uczestników mogłoby zyskać niebanalne rozwiązania np. dla e-administracji, które w sposób tradycyjny (przetarg) trzebaby wydać setki tysięcy złotych. To że w branży coś tam działa pokazuje przykład olsztyńskiego bar campu, czyli nieformalnych spotkań olsztyńskich informatyków. Z instytucji: w Olsztynie działa najprężniejszy w Polsce inkubator przedsiębiorczości Inqbe powstały ze środków unijnych (PO IG). Jest też Fabryka Innowacji przy UWM i Akademicki Inkubator Przedsiębiorczości (nie tylko dla studentów!) oraz mało znany Science2Business, ale o ich sukcesach inwestycyjnych zbytnio nie słychać. Zresztą nie ma co na to zbytnio liczyć: duża część wielkich biznesów była realizowana jednak metodą garażową. Jak wskazują eksperci z branży: inkubowane i wspierane przez unię start-up’y w ponad 90% padną w ciągu dwóch-pięciu lat, gdy poza jednorazowo otrzymaną dotacją będą musiały w końcu zarabiać. W instytucjach procedury ubiegania się o środki trwają za długo co zmniejsza szanse na sukces rynkowy młodych biznesmenów. Rynek w tym czasie po prostu ucieka. Niestety „stratedzy miejscy” nie rozumieją tych prawidłowości i wydaje im się że trzeba postawić budynek w polu i czekać że ktoś tam zacznie robić biznes. Zgodzę się z dr Jackiem Poniedziałkiem, który mówi że w regionie mamy z reguły słabe elity samorządowe, które nie przyjmują pomysłów z zewnątrz, żyjąc we własnym świecie, który można nazwać "urzędniczym matriksem". Niestety, działając w taki sposób doprowadzą do takiej sytuacji że w olsztyńskim parku najpierw będzie selekcja do firm wysoce technologicznych, a gdy te się nie pojawią to do branż preferowanych przez region (np. meblarstwo), a na koniec będzie można tam hodować indyki.

piątek, 16 września 2011

Prawdziwe dane, niewłaściwe wnioski?

Kontynuując wątek owocowo warzywny postaramy się wyjaśnić na przykładach na czym polega porównywanie jabłek do jabłek i jabłek do gruszek. Wiedza ta jest powszechnie dostępna i dość łatwa do zastosowania, zastanawia więc czemu olsztyńscy drogowcy z MZDMiZ jak i dziennikarze Gazety Olsztyńskiej nie zadali sobie trudu aby z niej skorzystać? Może tak im było wygodniej, a zaprezentowane w ten sposób dane wypadły korzystniej?

Sprawa dotyczy wrześniowego badania natężenia ruchu na olsztyńskich skrzyżowaniach o czym informuje lokalny dziennik:

http://olsztyn.wm.pl/67764,Mniej-samochodow-jezdzi-po-olsztynskich-skrzyzowaniach.html

"Po których skrzyżowaniach jeździ najwięcej samochód, a gdzie najmniej? Drogowcy przeprowadzili badania natężenia ruchu na olsztyńskich ulicach. Okazało się, że... ruch spadł na większości ulic.
Najbardziej sytuacja poprawiła się na skrzyżowaniu ulic Tuwima i Iwaszkiewicza, jeździ o jedną czwartą samochodów mniej. Podobnie na skrzyżowaniu ulic Tuwima i Wawrzyczka, tutaj z 26 tys. aut na dobę ruch obniżył się do 21 tys.O skrzyżowaniach przeczytasz także w piątkowym Olsztyn Dzień po Dniu Gazety Olsztyńskiej."

Zaglądamy więc do wydania papierowego GO i czytamy cały artykuł.
Okazuje się, że największy spadek natężenia ruchu nastąpił na następujacych skrzyżowaniach:
- Tuwima i Iwaszkiewicza
- Tuwima i Wawrzyczka
- Warszawska i Dybowskiego












Sprawa od razu wydaje się prostsza - przez te skrzyżowania przechodzi duża cześć ruchu pomiędzy dzielnicami mieszkalnymi miasta (Brzeziny, Jaroty, Nagorki, Podgrodzie, Pojezierze) a Uniwersytetem.
W szczególności skrzyżowanie Warszawskiej i Dybowskiego obsługuje wyłącznie UWM oraz osiedle (nieduże) Słoneczny Stok. Tak to oto blog wyjaśnił tajemnicę niedostępną dla MZDiMZ - w maju ruch na skrzyżowaniach prowadzących do Uniwersytetu będzie większy niż na początku września :)
Wracając do wątku owocowego , sens analizy porównawczej polega właśnie na porównywaniu jabłek do jabłek. Jak by to powiedział specjalista: "Analiza porównawcza polega na zestawieniu i porównaniu ze sobą zjawisk tożsamych i porównywalnych"
Zestawienie ze sobą zjawisk nieporównywalnych takich jak ruch na przytoczonych skrzyżowaniach w trakcie roku akademickiego i w trakcie wakacji i wyciąganie wniosków na tej podstawie jest nonsensem. Chyba, że usilnie chcemy podeprzeć jakąś tezę - taki np. Winston Churchil mówił: "Wierzę tylko w te statystyki, które sam sfałszowałem".

Na zakończenie wypada poprosić MZDMiZ aby następne badania przeprowadzone zostały w listopadzie, a nie np. 28 grudnia w trakcie przerwy świątecznej :)

sobota, 10 września 2011

Urzędnicy na lekcję do warzywniaka!


Pani Teresa z warzywniaka w mojej okolicy ostatnio tak mi argumentowała brak pietruszki: - Ta którą mogłam kupić na giełdzie jest miękka, znaczy nieświeża, dlatego kupiłam więcej marchewki! - Ale przecież marchewka to nie to samo co pietruszka! – odparłem. - Proszę pana. – dalej ze spokojem tłumaczy mi ekspedientka - Ktoś kto chce kupić pietruszkę planuje gotować obiad. Gospodyni domowa dobrze wie, że lepiej jest zrobić obiad ze zdrowo wyglądających świeżych warzyw. W końcu chodzi o przygotowanie smacznego obiadu, a nie samo kupno pietruszki! …Jak pan naprawdę chce to mam tutaj jeszcze wczorajszą pietruszkę. Chce pan? – bez jakiegoś zachęcania pytała mnie ekspedientka. Faktycznie pietruszka wyglądała średnio. Zapakowałem więc marchewkę, po drodze kupiłem jeszcze gazetę i poszedłem do domu, gdzie musiałem tłumaczyć swój wybór. Skorzystałem przy tym z filozofii pani Teresy. Byłem nieco zdziwiony jak szybko ta argumentacja została przyjęta ze zrozumieniem płci pięknej w moim domu, która w tym dniu była odpowiedzialna za przygotowanie posiłku. Dodam tylko, że obiad był pyszny!
Gdy już przyszedł czas na czytanie gazety, wpadłem na tekst o komunikacyjnych problem Olsztyna, i tu: (…) mieszkańcy stoją w korkach, musimy budować estakady!, Nad Sikorskiego, nad Rondem Ofiar Katastrofy Smoleńskiej, i jeszcze wiele nad... - dyrektor Gustek jak z rękawa sypie miejscami w których potrzebne będą drogie podniebne inwestycje. Nie oszczędza nawet okolic jezior, które – jak wynika z innych wypowiedzi masy urzędniczej – mają dawać mieszkańcom chleb (Rozwijajmy turystykę! Mamy 15 jezior na terenie Olsztyna!). I tutaj przypomniał mi się wykład pani z warzywniaka, który wbrew pozorom przydałby się urzędnikom. Czy strategia komunikacji ma się ograniczać do ułatwień w komunikacji samochodowej? Czy rozwiązaniem problemów mieszkańców w zakresie komunikacji może być tylko budowa kolejnego pasa asfaltu lub estakada? A może inwestycje w drogi spowodują że jeszcze więcej mieszkańców będzie jeździć samochodami tak jak chętniej kupują marchew niż pietruszkę? I wreszcie: czy mieszkańcy chcą jeździć samochodami czy chcą przede wszystkim szybko dotrzeć do domu, pracy, szkoły?
W planie dla komunikacji w mieście nie ma analizy zachowań mieszkańców (klientów), którzy chcą zrealizować dany cel czyli dotrzeć z miejsca na miejsce (ugotować obiad), bo to wg MZDiM: pojęcie z socjologii, która nijak się ma do transportu (patrz: platforma konsultacji społecznych UM). Mamy zatem jedynie analizę pod kątem jak odmłodzić marchewkę, czyli co zrobić by ulicą jechało więcej samochodów. Momentami obskrobuje się ją tak, że zostaje sama nać. Ścieżka rowerowa to w Olsztynie już inne warzywo i inny temat, transport autobusowy - tak samo.
Warto w tym miejscu pochylić się nad jedną z pierwszych lekcji ekonomii w której mowa o zmianach w wielkości popytu na dane dobro przy wzroście ceny, ograniczeniu dostępu do dóbr alternatywnych lub ich zmian jakościowych. Wróćmy do korzeni… albo może lepiej podstaw… bo już za dużo o warzywach: 1. Jeśli inwestuje się w drogi poprzez budowę nowych, poszerzenie starych czy likwidację przejść dla pieszych to należy się spodziewać większej ilości samochodów. 2. Jeśli inwestuje się w ścieżki rowerowe, budowę nowych, remonty czy połączenie istniejących odcinków, to wzrośnie liczba rowerzystów. 3. Jeśli inwestuje się w nowe (a przy tym nowoczesne) autobusy to wzrośnie liczba chętnych do jazdy MPK.
Obecnie problemem jest także to, że pietruszkę (ścieżki rowerowe) sprzedaje się tylko w pakiecie z marchewką (nowymi inwestycjami drogowymi), a cena selera (transportu autobusowego) jest już tak wysoka że coraz mniej klientów go kupuje i wybrało marchewkę albo nie je warzyw wcale co jest przyczyną wielu chorób: tym którzy jadą z jednego końca na drugi koniec Olsztyna i zarabiają tysiąc zł już przestaje się kalkulować jeździć do pracy! Wolą zasiłek. Wielkość popytu na seler spada także dlatego że jak się okazuje wartość kaloryczna jest niska ze względu na długi termin jego przechowywania (czas przejazdu) w zbyt ciepłym pomieszczeniu (brak klimatyzacji w wielu pojazdach).
Zaczyna się Europejski Tydzień Transportu Zrównoważonego. Pierwsze wypowiedzi urzędników dają pewne nadzieje. Warto zwrócić uwagę, że zgodnie z regulaminem udziału w ETZT (pkt. 4.) wskazuje się na obowiązek wprowadzenia przynajmniej jednego praktycznego, trwałego działania. Może nim być np. wyłączenie jednej ulicy z ruchu samochodowego na stałe. Zatem, czy jest to konkretny ruch Ratusza w kierunku zrównoważonego transportu i zmiana polityki w tym zakresie czy jest to po prostu tylko taka forma obchodów Tygodnia oceńcie sami.