Pokazywanie postów oznaczonych etykietą urbanizacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą urbanizacja. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 listopada 2011

Polska jest brzydka ale Olsztyn nie musi

Może ściągniemy na siebie gniew oburzenia, ale musimy to napisać. Polska jest brzydkim krajem. Może wynika to z cech całej Słowiańszczyzny? Pewien znany socjolog rosyjski (nie niemiecki albo francuski na szczęście) powiedział, że "kulturze słowiańskiej brak poczucia piękna - ludzie przywykli do brudu i smrodu". Jednakże kto był w Czechach albo Chorwacji może się nie zgodzić z takim uogólnieniem. Pozostaniemy więc przy polskiej brzydocie. Większość społeczeństwa w Polsce jest jak indianie - odrobina szklanych paciorków w postaci kolorowej farby i szkła i już im się podoba. A jeszcze jak się świeci, tak jak pod olsztyńskim ratuszem - to już szczęście pełne. Jakbyście się nie zgadzali to poniżej mamy materiał dowodowy, a przy swoim zdaniu pozostaniemy.
Wrocław:

Grajewo:
fot. www.archirama.pl


Jednakże Olsztyn wcale nie musi być brzydki. Korzystając ze skomplikowanej historii miasta mamy tu dziedzictwo jednych z najlepszych budowniczych Europy. Na szczęście wszystkie z głównych elementów poniższego "skyline" przetrwały i nadal możemy się z nich cieszyć:

W czym więc problem? Niestety w tym, że to dziedzictwo jest bezmyślnie trwonione w tempie szybszym niż to czyniono za PRLu, który borykał się z różnymi problemami i nie mógł ot tak budować czego chciał i gdzie chciał. Obecnie gdy materiały a często i fundusze są dostępne, problemem jest absolutny brak wyczucia brzydoty i obciachu. To już nawet nie chodzi o to, że można dostać pozwolenie na budowę absolutnie szkaradnych obiektów. Pozwolenie na brzydotę nie zobowiązuje do brzydoty! Czemu inwestorzy, najemcy nie widzą tych okropieństw? Nawołujemy do tego aby w Olsztynie zaczęło obowiązywać poczucie obciachu ! Aby panował ostracyzm, potępienie dla tych, którzy szpecą miasto. Wyśmiewajmy się z nich, obgadujmy, oplotkowujmy i co tam jeszcze można. Ci ludzie chcą nam zafundować Kalkutę w centrum Europy.

Nasi kandydaci to "top szrot":

1. Solarium GOBI (what the hell? wtf?) i sąsiedzi. Jak można w tak reprezentacyjnym punkcie miasta REMONTOWAĆ taki barak? Tu wyraźnie brakuje spychacza. Obiekt jest tak brzydki, że chyba tylko klienci gabinetu okulistycznego nie mają problemu z tym aby tam bywać.

2. Wystrzałowy hotel przytulony do gotyckiej bramy? A nie dałoby się zdjąć tych badziewnych reklam? Potem pomalować obiekt na ciemną czerwień i dodać spadzisty dach kryty czerwoną dachówką?Wizytówka naszego Starego Miasta :( Czy ktoś może coś z tą budą zrobić?
I pomyśleć, że te dwa obiekty są własnością olsztyńskiego PTTK. To dopiero "olsztyński matrix"! Organizacja ma promować turystykę na Warmii i Mazurach. Teraz cytat ze strony internetowej: "Członkowie Oddziału jako przewodnicy terenowi oprowadzają liczne wycieczki grup zorganizowanych po terenie Olsztyna i województwa warmińsko-mazurskiego". I co wspomniani członkowie mówią turystom o swoim sztandarowym obiekcie szpecącym miasto? Większą korzyść dla miasta przyniosło by gdybyście szanowni członkowie-przewodnicy spakowali się i zabrali stąd razem z waszym zapuszczonym hotelem!

3. Okrąglak - ponoć ten budynek ma pewne walory architektoniczne ale jego zaniedbanie i   afrykańskie szmaty z reklamami, oraz brak spójności detali (chociażby różne drzwi obok siebie, czy Arnika musi mieć białe a Santander szare?) powodują, że wygląda jak prowincjonalny barak dworca PKS.

4. Spółdzielnia "Pojezierze" sen szalonego architekta. A może była wyprzedaż farby markecie budowlanym?
fot: www.ro.com.pl

5. A to ? Nie wiemy gdzie to i co to ale straszy!!!

I jak się żyje w takim otoczeniu? Olsztyn to nie jest potęga ekonomiczna gdzie mieszkańcy pławią się w ponadprzeciętnym dobrobycie. Musimy więc wykorzystać potencjał w innych obszarach, miasto powinno być przynajmniej ładne, czyste, przyjazne dla mieszkańców. Chodzi o wysoką jakość życia! Jeśli tak będzie to nawet wyższa pensja w Warszawie nie nakłoni nas do przeprowadzki.

Miał być blog ekonomiczny a robi się publicystyka miejska. Miało być profesjonalnie jest emocjonalnie. Ale co poradzić, gdy człowiek idzie ulicą a tu brzydko jak na dworcu w Kutnie !!! I jeszcze prezydent cenzuruje swój profil na Facebook'u. Przynajmniej WPB poprawiło "Dąbroszczaków" na "Dąbrowszczaków" ale budynek i tak będzie brzydki.




środa, 19 października 2011

Olsztyn jak białoruskie Baranowicze?

fot. www.kolumber.pl

Przebudowy układu komunikacyjnego Olsztyna wskazują, że autorzy tych koncepcji zatrzymali się na poziomie wiedzy jaką włożono im do głów w latach 70tych. Koncepcje wprowadzania ruchu samochodowego do centrów miast, realizowano z powodzeniem w latach 70-tych. Budowano wtedy szerokie trasy prowadzące do śródmieścia (oczywiście nie tylko w Olsztynie), skutki czego odczuwamy do dzisiaj. Tak mówiła nieskomplikowana teoria – mamy więcej samochodów, budujmy więc szerokie drogi.
Tymczasem w bardziej od nas cywilizowanych krajach europejskich już od dawna dąży się do wyprowadzania ruchu poza centra, a nawet poza teren miejski. Jeśli najkrótsza droga z A do B (punkty leżą na przeciwległych krańcach miasta) prowadzi przez centrum, to oznakowanie wypycha nas na drogę przelotową omijającą centrum szerokim łukiem. To nic, że jest dalej. Wjazd do miast jest przecież świadomie utrudniany, a kierowca musi liczyć się z tym, że zyska na czasie korzystając z komunikacji miejskiej, a jeśli wjedzie samochodem to utknie. Tymczasem do Olsztyna ta wiedza nie dotarła. Nasi spece od komunikacji dedukują po staremu. Za duży ruch? Budujmy szersze drogi – najlepiej niech wszystkie prowadzą do Ratusza! W ten sposób przyciągani są kolejni zmotoryzowani i nowe drogi robią się za wąskie. Proces możemy powtarzać wielokrotnie. Dodajmy jeszcze olsztyński ewenement urbanistyczny – centrum handlowe Alfa przy głównej ulicy, cel dla tysiący samochodów i miasto dusi się od aut i spalin.
Ostatnie „udane” i epokowe tego typu realizacje (Limanowskiego, Wojska Polskiego) są znakomitym przykładem jak dobić stare, wąskie ulice, które powinny obsługiwać najwyżej ruch lokalny. W ten sposób niejedna, zadrzewiona, pełna olsztyńskiego klimatu ulica przekształciła się w kolejną przelotówkę dla rosyjskich TIRów. Podobny los czeka ulicę Partyzantów.
A co z pasem startowym lotniska w który przekształcono Al. Piłsudskiego likwidując przejście dla pieszych pod Alfą?
A tymczasem nam marzy się, plac pod Ratuszem jako wolny od samochodów deptak. Niestety, są przecież plany poszerzenia ulicy Pieniężnego, więc plac Jana Pawła II zostanie zapewne wyasfaltowany w całości, tak aby zwiększyć przepustowość skrzyżowania. Strach pomyśleć ile asfaltu w centrum można będzie wylać.

Należy zadać więc pytanie czy chcemy aby centrum Olsztyna wyglądało tak:
fot. http://www.perkowitz.com

Czy tak?

fot. http://www.gruene-mannheim-mitte.de

czwartek, 29 września 2011

Złota za dwa złote

O rozlewaniu się Olsztyna pisaliśmy już w pierwszym poście na tym blogu. Winę za rozlewanie się miasta ponoszą jego władze, bo to one odpowiadają za plany zagospodarowania przestrzennego. Problemem jest też brak koordynacji w tym zakresie pomiędzy zainteresowanymi gminami. Dziwić może jednak duże zainteresowanie kupujących mieszkania na obrzeżach Olsztyna… a może wynika to z tego że prawie tylko tam te mieszkania się buduje?

Zróbmy analizę samych decyzji mieszkańców: weźmy popularne wśród olsztynian rozwiązanie, a więc zakup mieszkania np. przy ulicy Złotej. Dokładnie: dwupokojowego ok. 48 m2, bo to taka średnia. Ostateczna cena zapłacona przez pana – nazwijmy go - Złocińskiego to 205’920 złotych. Z drugiej strony mieszkanie w Śródmieściu: taki sam metraż, z tym że dużo wyższa – jak twierdzi mieszkaniec ulicy Złotej – cena w wysokości 256’800 zł. Śródmiejski płaci bo ceni sobie wygodę: pracuje w centrum i chce mieć do pracy blisko, nie chce tracić czasu na stanie w korkach!

Mieszkaniec ze Złotej pracuje (dość powszechne w Olsztynie) w urzędzie. Odległość do pracy w Urzędzie Wojewódzkim, Urzędzie Marszałkowskim lub w innym urzędzie w centrum) to ok. 7 km w jedną stronę. Przyjmując że jakieś 20 dni w miesiącu jeździ do pracy daje to rocznie 3,5 tys. kilometrów pokonywanych, najczęściej – bo trzymamy się popularnych w Olsztynie rozwiązań - samochodem. Auto, najwięcej spala właśnie na rozruchu, czyli krótkie odcinki są najbardziej kosztowne w przeliczeniu na kilometr jeśli chodzi o zużycie paliwa, ale i ogólnie: zużycie samochodu. Przyjmijmy, że samochód na tej trasie, często w korku spali średnio 11,5 litra benzyny na 100 km. Średniomiesięczny koszt paliwa (5,18 zł / litr) zatem to 175 zł.

Oczywiście to nie jedyne koszty związane z samochodem. Największy koszt to cena zakupu lub rata kredytu samochodowego oraz ubezpieczenia AC i OC, opłata za przeglądy, naprawy, ale przyjmijmy, że mieszkaniec Śródmieścia też samochód posiada, choć na co dzień do pracy chodzi pieszo. W uproszczonej analizie nie dodajemy zatem kosztów stałych utrzymania samochodu, bo występują w obu przypadkach. Trzeba jednak zwrócić uwagę jednak, że auto mieszkańca ulicy Złotej szybciej się zużywa: w ciągu 5 lat bowiem przebieg jego samochodu jest wyższy o jakieś 17’640 km, czyli sprzedając samochód po tym okresie uzyskałby cenę niższą o ok. 1’800 zł (sprzedawany jest 10-cio letni popularny Ford Focus z silnikiem 1.6), co daje dodatkowy koszt 30 zł miesięcznie, a naprawy (a właściwie wymiany olejów, filtrów) kosztują o 1500 zł więcej w ciągu 5 lat co daje dodatkowe 25 zł w ujęciu miesięcznym.

W uproszczeniu, choć nie dużym, przyjmijmy jeszcze, że równoważą się dwa ryzyka, które występują: 1. mieszkaniec ulicy Złotej jeździ autem częściej więc jest bardziej narażony na stłuczki, a więc i dodatkowe koszty, 2. kierowca z centrum używa samochodu rzadziej więc ma mniejsze doświadczenie co też wiąże się z większym ryzykiem stłuczek.

Inne koszty które jeszcze musimy doliczyć to opłata za parking w strefie parkowania w centrum, która wynosi 50 zł miesięcznie (wiem, wiem… urzędnicy mają za darmo parkingi na Placu Dunikowskiego i za Ratuszem!), ale analizujemy tu mieszkańca który lubi pospać i na miejsce na parkingu darmowym już się nie załapuje, bo wyprzedza go inny mieszkaniec np. z Podgrodzia. Śródmiejski, którego auto zostaje pod domem ma darmową kartę mieszkańca więc nic nie płaci za parkowanie.

Dodajmy fakt, że Złociński raz w miesiącu wychodzi wieczorem do: kina, teatru lub – co bardziej popularne – do knajpy na Stare Miasto i wraca wieczorem taksówką (2,90 zł za bilet ZTM żeby do tej knajpy dojechać + prawie 30 zł żeby w nocy wrócić taksówką na Złotą).

Jaka wychodzi różnica w kosztach, które ponoszą Złociński i Śródmiejski? Czy coś co wydaje się Złocińskiemu opłacalnym takim w rzeczywistości jest? My liczymy, ale Złociński chyba nie… cieszy się przecież nowym mieszkaniem, które kupił dzięki kredytowi na 100% LTV (czyli na całą nieruchomość) - to też bardzo popularne rozwiązanie. Oprocentowanie jego kredytu wynosi obecnie 7,01% - wziął kredyt oczywiście w jednym z najpopularniejszych banków. Żałuje, że nie dostał kredytu we frankach szwajcarskich, bo przy takim kursie to byłaby perspektywa zarobku na kredycie, ale i tak się cieszy, bo już mieszka u siebie. Teraz już tylko płacić: w jego 30-letnim kredycie złotówkowym rata wyniesie 1’371 zł, czyli jakieś 338,85 zł więcej niż wspomnianego wyżej świeżego mieszkańca Śródmieścia.

Zatem mamy:
+ 338,85 zł – różnica w racie na korzyść Złocińskiego
- 166,80 zł – koszt paliwa
- 55,00 zł – wyższy koszt zużycia samochodu
- 50,00 zł – opłata parkingowa
- 30,00 zł – taksówka raz w miesiącu
--------------------------------------------------
= 32,05 zł

Podzielmy to na 20 dni dojazdów do pracy… wychodzi: 1,60 zł dziennie.
Zatem za każdym razem gdy Złociński stoi w korku (stoi w obu kierunkach) na Sikorskiego może pomyśleć o tym, że „zyskuje” na tym całe 80 groszy!


Więc o co w tym chodzi? Czy Złociński ma wybór? Czy to zależy od czynników zewnętrznych? Przecież władzom powinno zależeć na tym by mieszkańcy mieszkali w bardziej zwartej zabudowie bliżej centrum miasta bo w przypadku rozlewania się blokowisk miasto ponosi spore koszty budowy i utrzymania dróg, utrzymania dłuższych linii komunikacji miejskiej, budowy i utrzymania przystanków, ale też przedszkoli, bibliotek, przychodni, które gdzie indziej będą likwidowane. A za to płacą już wszyscy! A Śródmiejski jeszcze bardziej, bo samochody Złocińskich, Srebrnych i Diamentowych rozjeżdżają jego podwórko.

poniedziałek, 25 lipca 2011

Olsztyn (nad) rozlewiskiem


Pierwszy post który chciałem tu popełnić miał dotyczyć miasta jako całości. Na początku dobrze by było wyznaczyć sobie granice miasta o którym chce się pisać. I tu już zaczyna się problem, bo granice wyznaczone przez administrację publiczną nie pokrywają się z granicami, które przyjmą dla siebie ludzie którzy z tym miastem się identyfikują.
Pewne fakty z okolic pogranicza mogą dziwić już od dłuższego czasu, np. stacja kolejowa w Gutkowie to stacja olsztyńska czy nie? Okazuje się że sama stacja znajduje się w Gutkowie pod Olsztynem, dlatego wjeżdżający do miasta od zachodniej strony nie zobaczą napisu „Olsztyn Gutkowo” a jedynie „Gutkowo”, mimo że tuż obok znajduje się np. pętla autobusowa do której dojeżdża autobus miejski, a pasażer dojedzie tu z centrum kasując bilet miejski za 2,40 zł (wkrótce 2,90 zł), a nie podmiejski.
Z tym kto ma patrolować ulice (czy miejscy strażnicy z Olsztyna?) mieli z kolei problem mieszkańcy Dywit.
To jednak są sprawy drobne. Dużym, a nawet ogromnym problemem jest bowiem rozbudowa Olsztyna w kierunku południowym. Jeszcze w latach osiemdziesiątych poprzedniego stulecia byłem na wycieczce szkolnej w sadach Akademii Rolniczo-Technicznej. Już wtedy młodym smykom wbijano do głowy sukcesy gospodarcze rolnictwa i ogrodnictwa (marchewki długości ręki ośmiolatka) ale i pokazywano właśnie horyzonty rozwoju miasta. Pamiętam jak dziś, że w miejscu w którym rosły grusze, pokazywano już wtedy moim koleżankom i kolegom że oto tu będą mieszkać tysiące olsztynian. Nie miałem prawa wtedy wiedzieć że znaczna część moich kolegów będzie dziś jechać wzdłuż tych gruszowych pól do pracy w śródmieściu, przy czym oglądając te grusze będą już mocno zmęczeni staniem w korku, który zastali tuż po wyjechaniu z parkingu przed blokiem. Trochę absurdalne jest to, że ci sami koledzy uważają że miasto się rozwija właśnie na podstawie obserwowanych z okna własnego mieszkania rosnących w kukurydzy bloków. Adres zameldowania w gminie Stawiguda nie przeszkadza podpisywać się pod listami o niezbędne inwestycje łączące tą cześć Olsztyna ze Śródmieściem. Właśnie o tym pseudo-rozwoju liczonym w nowych blokach stawianych w polu chciałbym napisać.

W teorii powinno być tak, że cena za sprzedany grunt, a później płacony podatek od nieruchomości powinny zapewnić odpowiednio: środki na budowę niezbędnej infrastruktury a potem jej utrzymanie, a do kosztów należałoby doliczyć koszty społeczne którymi są m.in.  zużycie dróg dojazdowych z nowego osiedla. Tyle o teorii.

W praktyce proces rozlewania się miasta w tym kierunku wygląda mniej więcej tak: Stawiguda udostępniając (czy to odsprzedając czy godząc się na wykorzystanie pod budownictwo mieszkaniowe) grunty, które leżą na jej obrzeżach to dla niej dobry interes, polegający na realizacji przychodów, bez kosztów ich uzyskania, bo realizowane inwestycje nie wiążą się z potrzebą budowy wielu dróg dojazdowych przez gminę tzn. potrzeba jest, ale realizować ją musi już kto inny.. a dokładnie gmina Olsztyn. Dla gminy Stawiguda nowi mieszkańcy to wymarzony interes: do pracy jeżdżą do Olsztyna i już niemal pod domem wjeżdżają na drogę administrowaną przez władze stolicy Warmii i Mazur. Ba, chcą też dojeżdżać do centrum miasta komunikacją miejską, a tą musi zapewnić Olsztyn, bowiem to on ma problem. Jak z budżetu miasta nie dołoży się do nierentownego MPK wydłużającego linie to za chwile okaże się że korki są nie do zniesienia, a stoją w nich także mieszkańcy Olsztyna. W korkach automatycznie będą stać mieszkańcy Osiedla Generałów i Jarot, a także Nagórek. Za chwile ci będą domagać się nowej drogi dojazdowej do Kortowa, bo chcą jechać równie szybko jak dawniej. I trudno się tu dziwić mieszkańcom nowych osiedli. Kupują mieszkania w Bartągu bo są tańsze niż w okolicy śródmieścia, a dzięki bliskości blokowisk Olsztyna (Os. Generałów, Jarot), tam też mają blisko do przedszkoli, żłobków, przychodni. Jeden z moich znajomych żartuje, że jak ratusz przeniosą na Jaroty to tam będzie centrum. W tej przewrotnej tezie jest trochę prawdy. Na Jarotach załatwisz już sporo spraw: odziejesz się w sklepach przy Wilczyńskiego, zjesz obiad w lokalnej pizzerii i weźmiesz kredyt na samochód którym będziesz dojeżdżać do pracy… w śródmieściu.

Nikt praktycznie nie mówi o tym, że budując nowe miasto w polu powodujemy ucieczkę szeroko pojętego kapitału z centrum… a więc obszarów atrakcyjnych w każdych warunkach: za komuny i w kapitalizmie, gdy samochód jest dobrem rzadkim i gdy jest dostępnym dla niemal każdego, czy mamy dobrze zorganizowaną komunikację czy tak jak jest teraz, czy jest kryzys światowy czy hossa. W centrum mamy całe połacie niewykorzystanych miejsc i nie chodzi tu o zabudowywanie terenów zielonych a o wykorzystanie tego co jest. Okazuje się że nie ma chętnych na zakup kolejnych budynków w koszarach przy Artyleryjskiej, a Koszary Dragonów szukają swojej funkcji. Efekt jest taki że mamy zaniedbane cenne architektonicznie budynki. 400 metrów od ratusza palą się zabytki! Tymczasem mieszkańcy z okolic ulic Srebrnej, Złotej, a w przyszłości pewnie i Platynowej domagają się i będą domagać się kolejnych połączeń autobusowych, chodnika, bo przecież nie może tak być że ich nie ma. Wygląda to tak, że niektórzy kupują mieszkania w polu z pełną premedytacją, bo mają świadomość, że jak czegoś nie ma to powstanie. Później zrobi się protest, napisze list i zbudują chodnik, poszerzą drogę, wybudują przedszkole.

Władze miast w zachodniej Europie już dawno zrozumiały problem rozlewania się miast (z eng: urban sprawl) powołując szereg programów wspomagających inwestycje w centrach, np. zamrożenie cen gruntów miejskich w centrum. Czy warto wspomagać? Tak, bo koszty społeczne są ogromne:
- czas spędzony w korkach przez mieszkańców nie tylko Dzielnicy Stawiguda,
- koszt paliwa gdy jedziemy w korku,
- koszt budowy nowych dróg dojazdowych,
- mniejsze zainteresowanie turystów miastem, które żyje w blokach na wsi,
- brak zainteresowania miastem firm tworzących trwałe inwestycje bezpośrednie, którego menedżerowie będą chcieli się tu przenieść i żyć a nie tylko odwiedzać fabrykę którą za parę lat przeniosą na Ukrainę czy do Chin.

Jeśli władze Olsztyna tego nie zrozumieją to będziemy mieli sypiące się na głowę budynki w centrum do którego dojeżdża się w korku na ośmiopasmowej ulicy, a telewizyjny serial Dom nad rozlewiskiem nagrywany w okolicy Olsztyna upodobni się do Świata według Kiepskich.